Saturday, October 19, 2013

3. Why do you look at me like that?

           Po organizacyjnej lekcji chemii, przyszedł czas na wf. Dostałyśmy stroje od trenera i kilka minut później rozgrzewałyśmy się na połowie sali gimnastycznej. Drugą część zajmowali chłopcy i grali w kosza.
A ja stałam w tych mega krótkich spodenkach, które ledwo zasłaniały tyłek i w szarym T-shirtcie i gapiąc się na nich, rozgrzewałam ramiona. Po mojej lewej była duża grupa dziewczyn, rozmawiająca o czymś ze śmiechem. Zauważyłam kątem oka, że całemu temu zbiorowisku przewodzi średniego wzrostu, szczupła, farbowana blondynka, która śmiała się najgłośniej i która co chwilę rzucała w stronę reszty jakieś uwagi, które te uważały za coś zabawnego. Chyba była lubiana, bo sądząc po tym, że każda chciała zamienić z nią słówko byłam pewna, że to królowa pszczół. Jej twarz zdobił bardzo mocny makijaż. Miała dużo ciemnego cienia na powiekach, eyeliner i grubą warstwę tuszu do rzęs. Była ładna, naprawdę ładna, ale z make-up'em zdecydowanie przesadziła...

             Trener kazał nam dobrać się w dwie grupy i zacząć mecz siatkówki. Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że byłam dobra. W Lincoln grałam nawet poza lekcjami i bardzo to lubiłam. Do tego byłam wysoka i według mojego byłego wuefisty miałam idealne warunki do trenowania siatki bardziej poważnie, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. Właściwie sama nie wiedziałam dlaczego.

   - Collins! - usłyszałam swoje nazwisko, rozchodzące się echem po całej sali gimnastycznej.
            Rozejrzałam się wkoło prędko, sprawdzając czy chodzi o mnie, czy ktoś ma identyczne nazwisko, bo może to tylko zbieg okoliczności. Niestety, na marne. Trener Couge patrzył się prosto na mnie z gwizdkiem utkwionym między dużymi, spierzchniętymi wargami, które okalał siwiejący już powoli niezbyt gęsty wąs. Na głowę miał zarzuconą czapkę z daszkiem z logiem szkoły, a na sobie czarny dres. Był wysportowanym czterdziestolatkiem, który jednak chyba zatrzymał się ze swoją garderobą na etapie połowy lat dziewięćdziesiątych. Brakowało jeszcze tylko dżinsów z wysokim stanem, koszulki polo w paski, kolorowych trampek i czarnego paska z dermy. Przypominał mi trochę mojego brytyjskiego nauczyciela historii, pana Saluna, który z każdym wypowiadanym na lekcji słowem pluł coraz dalej. Teraz pewnie osiągnął już perfekcję w tej dziedzinie, a ja nadal nie znam szczegółów wojny secesyjnej.

   - Collins! - powtórzył, a ja aż podskoczyłam i ze strachem w oczach ruszyłam prędko w jego stronę. -     Mam wysłać specjalne zaproszenie, żebyś łaskawie ruszyła tyłek?! - warknął, spoglądając w jakieś notatki, które trzymał przed sobą. - A wy przesuńcie się na prawo! Nie mam zamiaru później żadnej zdrapywać z podłogi jak któraś dostanie piłką od kosza! - dopowiedział, a ja kątem oka zauważyłam, jak blondynka numer jeden cicho się podśmiewuje. - To, że większość nie umie nawet porządnie złapać tej piłki nie oznacza, że macie pchać im się pod nogi. - tutaj śmiech stał się już głośniejszy, nawet na twarz trenera wkroczyło delikatne rozbawienie.

   - Edwards, Peazer – wybierajcie. - mężczyzna spojrzał na wymalowaną laskę-księżniczkę i tę z burzą, naturalnych kręconych włosów i twarzą z naprawdę odrobiną makijażu.

           Przeciwniczki uśmiechnęły się do siebie przyjacielsko i przybiły piątkę. Koleżanki? Śmiesznie razem wyglądały. Szatynka była wysoka, ta druga niższa o ponad głowę, naturalna i „zrobiona”, pełen kontrast.

                Rzucały nazwiskami aż w końcu zostałam sama i trafiłam do drużyny Peazer. Ustawiłyśmy się na boisku, a ja wybrałam miejsce, gdzie grało mi się najlepiej. Drugi rząd, środkowa. Często też bywałam libero, ale tutaj wolałam się raczej z tym nie wychylać...

   - Zagracie przyjacielski meczyk, chcę sprawdzić nową uczennicę. - wyjaśnił Couge, a ja poczułam jak dwanaście par oczu dziewcząt z mojej grupy przewierca mnie wzrokiem. Spuściłam głowę i myślałam tylko o tym, żeby się nie zarumienić. - Collins, wpisałaś „piłka siatkowa” w rubryce zainteresowań sportowych. Grałaś w szkolnej drużynie? - zagadnął, spoglądając na mnie ze swoich notatek i unosząc przy tym brew.

   - Czasami. - wymamrotałam zawstydzona.

   - Czasami? - spytał ironicznie, a stłumiony chichot dziewczyn wypełnił tę część sali gimnastycznej.
Chciałam zapaść się pod ziemię, śmiały się ze mnie...

    - W mojej szkole nie było takiej drużyny. - tłumaczyłam się. - Nauczyciel po prostu zbierał jakąś grupkę tylko przed ważniejszymi zawodami. - wzruszyłam ramionami, na co mój rozmówca uniósł z rozbawieniem brwi.

           Co w tym, kurwa, było takiego zabawnego?!
Edwards zasłoniła dłonią usta, przesadnie ukazując fakt, jaka to jest rozbawiona. Poczułam gniew, gówno ją to powinno obchodzić, niech zmyje trochę tej tapety ze świecącego ryja!

   - Byłabyś zainteresowana grą w mojej drużynie? - spytał ni stąd ni zowąd, a ja otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia.

           Wow, naprawdę? Ciekawe w takim razie jaką opinię wypisał mi wuefista z Anglii, że Couge już proponuje mi współpracę. Uśmiechnęłam się speszona, ale podświadomie czułam, że powinnam się zgodzić.
   - Mamy pełen skład. - wtrąciła szybko kłótliwa blondynka, obrzucając mnie wściekłym spojrzeniem. - Rezerwowe też. - dopowiedziała, splatając ręce na brzuchu.
Zmarszczyłam czoło i przyglądałam się tej wymianie zdań.

    - Oboje dobrze wiemy, że wcale nie, Perrie. - powiedział spokojnie. - Franklin gra jak pokraka, po ostatnim sezonie nie zamierzam wpuszczać jej na boisko w pierwszym składzie. Może ktoś nowy w końcu kopnie was w tyłki i zabierzecie się do roboty. Tobie akurat powinno najbardziej na tym zależeć, w końcu stypendia z nieba nie spadają, panno Edwards. Columbia się ceni. - uśmiechnął się sztucznie w jej stronę, a ona wciągnęła prędko dużą ilość powietrza, zaciskając przy tym usta. Spoglądała zła raz na mnie, raz na mężczyznę, aż w końcu już podbuzowana wróciła na środek przeciwnej drużyny. Złączyłam nogi razem i nerwowo poprawiłam bluzkę, chcąc przestać zwracać na siebie taką uwagę.

   - Pezz, zaczynaj. - odezwała się cicho jakaś ruda dziewczyna z mojej drużyny.
Blondynka, obrzucając mnie wrogim spojrzeniem po raz ostatni, dała znać, że można rozpoczynać mecz zagrywką. I wtedy się zaczęło.

                Z początku gra naprawdę wyglądała na przyjacielską, dopóki nie przejęłyśmy ostatnich dwóch punktów i dzięki temu objęłyśmy prowadzenie. Wtedy członkini obecnej szkolnej reprezentacji odbijała prosto na mnie. Już się nie fatygowała, żeby grać ambitniej, pokazując co potrafi, miałam wrażenie, że robi wszystko byleby wygrać i przy tym pokazać, że jest lepsza ode mnie. Ciągle byłam w biegu, piłka latała w tę i wewtę. Peazer próbowała mi trochę pomóc, ale odpuściła, kiedy Perrie zgromiła ją wzrokiem. Przy piłce byłyśmy już teraz tylko my, akcja z każdą sekundą robiła się coraz ciekawsza, a nasze stosunki coraz bardziej napięte. Zaatakowałam, jednak dziewczyna zdążyła odegrać. Musiałam przyznać, że była bardzo dobra... Kiedy podskoczyła ostatni raz, a jej dłoń z głośnym klaśnięciem uderzyła o niebiesko-białą piłkę, a ona zamiast na moje przeguby, trafiła w zimną podłogę mecz się skończył. Usłyszałam już tylko głośny śmiech, jakby szydzący z tego, że przegapiłam takie zagranie, a później sześć dziewcząt, przytulających się do siebie w równym kole. Moje towarzyszki zaklaskały z uśmiechami przyklejonymi do twarzy, a ja nie mogłam spuścić wzroku z zawistnej Edwards.

              Pokazała na co ją stać. Dopięła swego. Uniosłam prawą rękę w górę, a lewą rozmasowywałam dłonie, kiedy znów rozbrzmiał głos trenera.

- Collins. - zwrócił się do mnie, kiwając na mnie głową. Przeszłam przez całe boisko, czując na sobie uważne spojrzenie grupy B i słuchałam, co ten facet miał mi teraz do powiedzenia. - Treningi od jutra. - uśmiechnął się miło. - Zaraz po zajęciach.






~*~





            Czy ktokolwiek zastanawiał się kiedyś nad tym jak wygląda wściekły, wygłodniały bóbr, któremu ktoś rozpieprzył tamę? Tak mniej więcej prezentowała się Perrie Edwards po ostatniej informacji trenera o moim dołączeniu do reprezentacji. Brakowało jej tylko grubego ogona, którym mogłaby mnie zdzielić od tyłu tak, żeby nikt nie widział. Poważnie się nad tym zastanawiałam. Z jednej strony to był świetny pomysł, bo może pomogłoby mi to w odnalezieniu się w nowym środowisku, mogłabym lubić to co robię no i zaliczyłabym zajęcia dodatkowe, ale z drugiej... Naprawdę nie miałam ochoty oglądać tej Blondyny codziennie po zajęciach. Pewnie zabijałaby mnie spojrzeniem, kradła stanik, kiedy byłabym pod prysznicem albo zrobiłaby mi nagą sesję z ukrycia. Boże... Chyba naoglądałam się za dużo Dziewczyn z drużyny.

             Byłam tu pierwszy dzień i już znalazłam kogoś, kto mnie nie lubi. Świetny początek, prawda? Kiedy jedyną pozytywną osobą jest chłopak z chemii i nauczyciel angielskiego, który uśmiechał się chyba bezustannie. Mnie osobiście pewnie rozbolałyby mięśnie od ciągłego zacieszu, ale to było miłe.

             Po wuefie, czyli czwartej lekcji była druga przerwa. Ta trwała godzinę i w tym czasie większość uczniów udawała się do szkolnej stołówki. Cena obiadu zależała od stopnia zamożności rodziny, a że mój ojciec był wojskowym, a mama internistką raczej nie miałam co liczyć na jakiekolwiek zniżki. 

         Byłam tak zafascynowana tym, co działo się zaledwie dwadzieścia minut temu, że nawet nie zorientowałam się kiedy pojawiłam się na stołówce. Stało tu jakieś piętnaście czy nawet dwadzieścia kilkoosobowych stołów (przy każdym była inna ilość krzeseł) w większości już pozajmowanych. Właściwie to nie było ani jednego całkiem pustego, no chyba że tych kilka na zewnątrz, ale nie chciałam tam iść. Ciekawe jak wyglądała cała ta procedura lunch'u. Gdzie miałam usiąść? Do tej dziewczyny z nosem w książce przy stoliku obok śmietnika? Do tej brunetki, z którą grałam dzisiaj w siatkę? Nie... Skąd mogłam mieć pewność, że za chwilę nie zaszczyciłaby nas Edwards? Naprawdę nie miałam ochoty na kolejną konfrontację, zwłaszcza, że laska za mną nie przepadała i wcale tego nie ukrywała. Podeszłam więc do lady, chcąc zyskać jeszcze trochę czasu. Do wyboru były dwa dania główne – potrawka z kurczaka z warzywami i frytki z sałatką. Zdecydowałam się na ryż i przekazałam to kucharce, która nałożyła mi średnią porcję. Kolejny mit obalony – jedzenie wyglądało apetycznie, nie była to kleista papko-maź, gdzie jak wsadziło się widelec, można było wyjąć go dopiero w środę. Kucharka też była miła i ciągle się uprzejmie uśmiechała, a nie była wredną, zgorzkniałą pięćdziesięciolatką, której mąż zamknął się w kiblu razem z lodówką i nowym telewizorem.

   - Szukam cię od jakiś dziesięciu minut! - usłyszałam tuż za sobą, na co niemal od razu się obróciłam, napotykając wzrokiem uspokojone spojrzenie niskiej blondynki o naturalnym kolorze włosów. - Dlaczego nie odbierasz?

   - Ou... - przegryzłam dolną wargę, wyjmując z mojego białego portfela gotówkę dla ekspedientki. 
Wzięłam w dłonie tacę z moim obiadem i stanęłam w końcu twarzą w twarz z kuzynką. - Przepraszam, wyciszyłam telefon i rzuciłam go gdzieś na dno torby... - tłumaczyłam się z niepewnym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Ucieszyłam się, że po jej humorze z samego rana nie było już śladu.  

   - Usiądź z nami. - zaproponowała, a ja nawet nie zdążyłam odpowiedzieć, bo już ciągnęła mnie za rękę. - Jak pierwszy dzień?

   - Miałam małą spinę na wfie z jakąś szkolną divą. - wymamrotałam, na co ona spojrzała na mnie podejrzliwie. Zatrzymałyśmy się nagle, a Leila nie spuszczała ze mnie zaciekawionego wzroku. - Perrie Edwards. - odpowiedziałam z uniesioną z irytacją brwią, na co moja towarzyszka roześmiała się w głos. Zmarszczyłam czoło i z niezrozumieniem wymalowanym na bladej twarzy przyglądałam się jej reakcji. Patrzyłam jak kładzie dłoń na brzuchu i za wszelką cenę próbuje uspokoić oddech, ale z marnym skutkiem.

   - O tej Pezz, mówisz? - spytała nadal szeroko się uśmiechając i wskazała mi siedzącą na ławce tuż obok schodów dziewczynę rozmawiającą z jakimś chłopakiem. Chwila... Boże, to był ten chłopak od którego Leila dostała kowbojską czapkę! Skoro ona rozmawiała z Zaynem, a on przyjaźnił się...

   - Wy się znacie?! - niemal krzyknęłam, szeroko otwierając przy tym oczy, a gdzieś za plecami usłyszałam cichy chichot.

                Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że nie stałyśmy tutaj same. Przy „naszym” stoliku siedziała jakaś grupka ludzi. Od razu poznałam w nich tę śliczną, długowłosą Danielle i... właściwie to tyle. Nie było z nimi Justine, ale już wcześniej podejrzewałam, że mają innych znajomych. Młodsza nawet nie przyszła wczoraj, żeby przywitać się z gośćmi siostry, a co dopiero z nimi jadać...

             Naszej rozmowie przysłuchiwała się tak samo rozbawiona jak i moja kuzynka Peazer i dwóch chłopaków. Ten szerszy w barkach i z krótszymi, jaśniejszymi włosami trzymał rękę na oparciu krzesła dziewczyny, bawiąc się jej włosami i przekładając kosmyk między palcami. Drugi siedział dwa krzesła dalej z brązowym nieładem panującym na jego głowie. Oparł brodę o dłoń, a łokieć o stolik i przyglądał nam się z szerokim uśmiechem i zmrużonymi, niebieskimi oczami. Poczułam jak się rumienię. Przegryzłam dolną wargę.

   - No... Pokazała dzisiaj pazurki. - skomentowała moja koleżanka z wfu. - Nie przejmuj się nią, jest głupia. - uniosła pokrzepiająco kąciki ust. - Jestem Danielle. - przedstawiła się, wzruszając ramionami i zabierając puszkę coca-coli z tacki swojego chłopaka, otworzyła ją z szelestem. - Liam i Louis. - przedstawiła mi chłopaków, którzy pomachali mi ze swoich miejsc.

             Leila pociągnęła mnie za rękę, zmuszając do zajęcia jednego z wolnych krzeseł. Padłam na to, dokładnie naprzeciw pary, a między mną i Liamem, którego znałam już od wczorajszego napadu na kuzynkę jedno miejsce wciąż pozostawało wolne. Położyłam plecak pod nogami i oparłam ręce o blat stołu, przyglądając się bezmyślnie mojemu obiadowi. Nie byłam zestresowana już obcym towarzystwem, rozluźniła mnie trochę uprzejmość Peazer, jednak moją głowę zaprzątnęło coś jeszcze. Właśnie zobaczyłam jak nauczycielka matmy przemierza korytarz i właśnie dotarło do mnie, że prawdopodobnie będę musiała zmienić grupę. Za nic w świecie nie dowiem się czym są, a przede wszystkim na czym polegają niejakie permutacje. Nigdy nie miałam problemu z tym przedmiotem, a rozpiska, którą dostałam jeszcze będąc w Anglii nie obejmowała takowego tematu.

   - Co jest? - spytała z troską blondynka. - Weź się nawet nią nie przejmuj, dziewczyno. - powiedziała, kładąc ostrożnie dłoń na moich plecach i delikatnie je pocierając. - Ona...

- Nie o to chodzi. - odpowiedziałam zrezygnowana. - Nie ogarniam matmy... W Lincoln nawet nie słyszałam o czymś takim jak permutacja bez powtórzeń, a tutaj ta kobieta używa tego bez przerwy! Rozpisuje jakieś kreseczki na tej tablicy i pod spodem wpisuje jakieś liczby z kosmosu i... Eh, szkoda gadać. - pomachałam dłonią na znak, że nie chcę kontynuować tego tematu, a ona przyjęła to bez słowa.

   - A co z wieczorem? - odezwała się znów Dani. - Kino aktualne?

   - Ja odpadam. - znikąd pojawił się Zayn, zajmując prędko miejsce obok Louisa i rzucając na powitanie krótkie "hi". - Styles też.

Uśmiechnął się zagadkowo, na co dziewczyna tylko odetchnęła ciężko i widać było, że się zirytowała.

   - Nawet nie chce mi się tego komentować! Nie wierzę, że to, co stało się ostatnim razem nie przemówiło wam do rozsądku! - spiorunowała go wzrokiem, na co on tylko zacisnął usta i wskazał ruchem głowy w moją stronę. - Musi dojść do prawdziwego nieszczęścia, żebyście zmądrzeli?!

   - Kochanie, nie teraz. - upomniał ją Liam, obejmując opiekuńczo ramieniem, na co ona rzuciła na talerz trzymany w ręce widelec.

   - Jasne, nie teraz! W ogóle to olejmy, najlepiej niech...

   - Danielle! - podniósł głos jej chłopak, przysuwając ją do siebie i zmuszając, żeby wtuliła się w jego ramię.

               Dziewczyna w końcu odpuściła, wypuszczając głośno z płuc powietrze i przegryzając dolną wargę. Wyrwała się z uścisku i zajęła miejsce, prostując plecy i zanurzając widelec w swoim obiedzie. Leila szybko poczuła potrzebę rozładowania napięcia i zaczęła niezobowiązujący temat o pierwszym dniu szkoły, wypytując chłopaków o rekrutację do ich drużyny. Okazało się, że wszyscy oprócz Zayna grają w szkolnej drużynie rugby. Podobno mają bardzo dobre wyniki, a w tamtym roku wygrali mistrzostwa stanowe. Ich trener stwierdził, że dawno nie było w tej szkole tak dobrej reprezentacji, ale niestety czwórka silnych zawodników skończyła już szkołę i brakowało im graczy. Tym zająć miał się niejaki Harry, który zaginął gdzieś już po dwóch pierwszych godzinach i nikt nie mógł go znaleźć. 





~*~





             Reszta dnia zleciała spokojnie. Okazało się, że chodzę z Liamem na geografię, więc czułam się trochę lepiej, kiedy spotkaliśmy się na korytarzu i weszliśmy razem do sali, gdzie nie znałam zupełnie nikogo, a wszyscy patrzyli na mnie spod ściągniętych brwi jak na kogoś kto zapieprzył im ostatni kawałek pizzy i bezczelnie wpierdzielił ją, mlaskając perfidnie ustami. Usiadłam ławkę obok niego na samym końcu w rzędzie przy oknie.

             Ostatnią moją lekcją jest biologia. Tutaj też ławki są podwójnę i siedzę z miłą, rudowłosą Josey, która też jest nowa w tej grupie. Trafił swój na swego...

              Z racji tego, że dzisiaj był pierwszy dzień nie było żadnych zajęć dodatkowych, więc wszyscy kończyli o tej samej porze. Wróciłam z dziewczynami autem po raz kolejny zastanawiając się dlaczego siostry niemal ze sobą nie rozmawiają. To znaczy słyszę ich wymianę zdań, ale głównie polega to na „ojciec o której dzisiaj kończy?”, „masz mój stary segregator?” albo „kto dziś zmywa?”. Gdzie ta słynna więź między rodzeństwem, szczególnie w tak małej różnicy wieku?

              Ale nie dawały tego po sobie poznać. Odpowiadałam na ich pytania i dodatkowo wytłumaczyłam Justine moje dzisiejsze spięcie z Perrie, na co ona tylko zaśmiała się pod nosem i pogratulowała utarcia jej nosa. Chyba też za nią nie przepadała...

               Postanowiłyśmy, że pojedziemy po drodze na kebaby. Ciotka i wujek kończyli pracę o dwudziestej, a że nam nie chciało się siedzieć przy garach postanowiłyśmy wydać kilka dolców na fast-foody. W domu zlądowałyśmy chwilę przed siedemnastą.

               Siedziałyśmy w salonie i oglądałyśmy powtórki „Pretty Little Liars”, przekrzykując się nawzajem, która z dziewczyn tym razem zawaliła sprawę w dotarciu do tego, kim jest A i kogo ma pod sobą. Sprawa z Red Coat jeszcze się nie rozwiązała i kłamczuchy nadal gnębiły podłe smsy i niespodziewane paczki, które przynosił kurier. W ogóle nas nie zdziwiło kiedy rozwaliły karton, który trzymał w sobie trumnę dla małych dzieci, a w środku leżała spokojnie lalka...

   - Spencer coś knuje... - zastanawiała się głośno Leila. - Ona i Toby na sto procent trzymają z A. - dodała, upijając łyk soku pomarańczowego.

   - Ja tam myślę, że Caleb ma jakąś drugą stronę. - wyznała Justine. - Biedna Hanna. Pewnie jej facet w nocy włazi w te czarne fatałaszki i lata po mieście szukając Alison... Albo CeCe.

   - No przestancie... Widziałyście Ezrę w ostatniej scenie, nie? - spojrzałam na nie, kontynuując. - A poza tym po co Caleb albo Spencer mieliby robić pod swój dywan? Ja tam obstawiam tą byłą kochankę ojca Arii.. No i Melissa też na pewno nie zerwała starych kontaktów. Albo znowu udaje ciążę. - dopowiedziałam na co usłyszałam cichy chichot z obu stron.

   - Brakuje mi Wildena. - mówiła J. - On jakoś tak pozytywnie wpływał na ten serial. Taki gnojek potrzebny w każdej obsadzie. - zaśmiała się, a my jej zawtórowałyśmy. Już miała coś dopowiedzieć, ale przerwał nam dzwonek do drzwi.

               Leila z jękiem niezadowolenia wstała z kanapy i powlokła się w stronę drzwi, a ja wypatrywałam kto to. Zdziwiona mina dziewczyny mówiła za wszystko.

   - Harry? - szepnęła, robiąc krok do tyłu i wpuszczając gościa do środka.
Sekundę później w drzwiach pojawił się wysoki chłopak z burzą brązowych włosów na głowie i ogromnymi, zielonymi oczami, które teraz wpatrywały się prosto w moją zdziwioną minę...


_______________
Jest tu kto? :(

1 comment

  1. Jeeeeestem swietne opowiadanie czekam,na next :* Fanka

    ReplyDelete