Wednesday, October 16, 2013

2. Nice to meet you, the Strangers.

                Razem z ustawieniem się wskazówek na tarczy zegara, zwiastujących nadejście godziny siódmej piętnaście rano budzik w moim telefonie rozdzwonił się, nieubłaganie przypominając mi, że wakacje właśnie dobiegły końca. Podniosłam białego iphone'a z szafki nocnej i wyłączyłam alarm. Odetchnęłam ciężko i zwlokłam się z materaca. Zaścieliłam machinalnie moje łóżko, idealnie układając na nim moją nową kołdrę w słodkie, kreskówkowe krówki. Boso przeszłam na drugi koniec pokoju, dochodząc do ogromnego lustra, które rozciągało się od podłogi po sam sufit na szerokość metra. Przyjrzałam się sobie.

                Miałam na sobie piżamę w postaci szarych majtek i białego podkoszulka. Włosy miałam związane w wysoki kucyk, z którego uwolniło się kilka pojedynczych kosmyków, tworząc na mojej głowie typowego mopa. Nie miałam makijażu i byłam wciąż bardzo blada w porównaniu z ludźmi stąd. Zacisnęłam usta i starałam się uspokoić oddech, który przyspieszał na samą myśl, że od dzisiaj przez najbliższy rok będę uczyć się w typowym, amerykańskim, bezlitosnym liceum rodem z najgorszych filmów i plotek na ten temat.

                 Naprawdę sporo się naczytałam jeszcze kiedy byłam w Lincoln, a Leila jak i Justine nie za wiele chciały mówić o tym jak minął im ich pierwszy dzień w Lewston High School. Powtarzały jedynie, żebym była sobą i nie spinała się za bardzo, bo nie wyjdzie mi to na dobre i mogę nabawić się jakiejś nerwicy. 
Okej, byłoby dużo prościej gdybym była freshmanem. To najmłodszy rocznik w szkole, a ja byłam na trzecim, czyli w gronie juniorów, u których nowa osoba w klasie jest nie lada zdziwieniem. Już w głowie widziałam zaciekawione spojrzenia wszystkich, szczególnie, że szkoła nie była wielka i raczej wszyscy znali się chociaż z widzenia... Boże.

               Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej pierwszy wieszak od lewej strony. Już wczoraj uszykowałam sobie strój. Chyba z godzinę myślałam, czy na pewno się nadaje na pierwszy dzień, dostałam chyba jakiejś psychozy. Phoenix słynie z wysokiej temperatury, więc większość długich spodni i bluz rzuciłam na najwyższą półkę, będąc pewną, że raczej nie bardzo mi się przydadzą. Zdjęłam z wieszaka http://www.faslook.pl/collection/have-you-forgotten-2/ i poszłam do łazienki trochę jak na skazanie.
Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i zaczęłam nerwowo grzebać w swojej kosmetyczce. Nie miałam pojęcia jak nauczyciele w tej szkole reagują na makijaż, ale postanowiłam jedynie lekko pomalować rzęsy. Nigdy nie miałam jakiś większych problemów z cerą, owszem, czasem zdarzał się pryszcz czy jakakolwiek krosta, ale nigdy nie był to jakiś wysyp bakterii, dlatego zrezygnowałam z podkładu, kiedy uznałam, że moja skóra i bez tego wyglądała całkiem nieźle. Upięłam włosy w kucyk i przerzuciłam je przez prawe ramię. 
Kiedy wyszłam była równo ósma rano. Dziwiłam się, że jeszcze na korytarzu nie spotkałam żadnej z dziewczyn, ani wujka lub ciotki. Niepewnie skierowałam się w stronę schodów i przechodząc ostrożnie na dół, zajrzałam do dużej, przestronnej, beżowej kuchni.

               Cała czwórka siedziała przy wysepce kuchennej i śmiejąc się, żywo o czymś dyskutowali. A właściwie to tylko Leila z rodzicami, bo Justine zapatrzona w swój talerz tylko słuchała. Nieśmiało wyłoniłam się zza framugi drzwi i uśmiechnęłam do mojej rodziny, rzucając krótkie „dzień dobry”.

   - Na co masz ochotę? - zaoferowała się od razu ciocia Davne, pokazując mi miejsce obok młodszej kuzynki, które sekundę później zajęłam. - Tosty, naleśniki, jajka, musli? - wyliczała, otwierając poszczególne górne szafki i przyglądając się zawartości. - Kawa, herbata? Sok? - otworzyła lodówkę i oglądała uważnie zawartość. - Pomarańczowy, porzeczkowy albo zielone jabłko.

               Zaśmiałam się cicho zawstydzona tym, że tak nade mną skacze. Byłam przyzwyczajona, że dbałam sama o siebie, szczególnie, że miałam już siedemnaście lat, czyli byłam niemalże dorosła, a w stanie Arizona, w którym obecnie pomieszkiwałam, mogłam nawet zrobić prawo jazdy. A propo... Ciekawe czy któraś z dziewczyn ma to już za sobą.

   - Tosty wystarczą, dziękuję. - uśmiechnęłam się speszona i odruchowo odgarnęłam kosmyk włosów za ucho, spoglądając na każdego członka rodziny po kolei.

              Ciotka właśnie włożyła dwie kromki chleba do tostera i wyjęła z lodówki ten słynny trzylitrowy baniak z sokiem pomarańczowym. Zawsze występuje on w tych wszystkich serialach i przeraziłam się nie na żarty. Skoro nawet napoje mają takie same jak w tych kolorowych książkach to na pewno czeka mnie porządne przetrzepanie skóry na pierwszej przerwie...

               Leila z uśmiechem przesunęła po stole w moją stronę dwa słoiczki dżemu. Wiśniowy i morelowy, a ja odwzajemniłam gest, starając się za wszelką cenę nie dać po sobie poznać, że jestem zestresowana. Wujek chyba się czegoś domyślał, bo postanowił zacząć krótką rozmowę.

   - Jak pierwsza noc? Wyspana? - spytał, sekundę później unosząc filiżankę do ust i upijając dwa łyki parującej wciąż kawy.

   - Nawet. - odpowiedziałam szczerze. - Dziękuję. - szepnęłam do cioci, która właśnie stawiała przede mną talerz zrobionych już tostów.

   - Co ty na to, żebyśmy spędzili trochę czasu wszyscy razem w ten weekend? - uniósł krzaczastą brew, znów przysysając się do kubka. - Chcemy, żebyś czuła się z nami swobodnie i żeby ten dom stał się też twoim domem. - wyrecytował jakby miał to wcześniej dokładnie przemyślane. - Myślałem o sobocie. - dodał, a chwilę później wszyscy patrzyli na protestującą po drugiej stronie stołu Leilę.

   - Ja nie mogę w sobotę. - powiedziała spokojnie, ale w jej głosie dało się wyraźnie wyczuć złość. Ojciec zgromił ją wzrokiem. - Tato, mówiłam ci, że mam plany. - syknęła, ściskając w rękach swój biały kubek.

   - Ale to jest mój jedyny dzień wolny, więc wydaje mi się, że możesz przełożyć swoje sprawy dla rodziny ten jeden raz. - powiedział, zgłaśniając ton głosu. - Leila. - upomniał ją ostro akcentując jej imię, a ona zagryzła dolną wargę, odkładając trzymany wcześniej w rękach napój i zeskoczyła z wysokiego hokera.

              Podeszła do małego stoliczka w rogu pomieszczenia i przewiesiła brązową torebkę przez ramię, która idealnie komponowała się do jej stroju, zabrała leżące obok kluczyki i odwróciła się ostatni raz, zanim wyszła z domu.

   - Dziewczyny, czekam na was w samochodzie.






~*~






                Przez całą drogę żadna z nas się nie odezwała. W aucie panowała tak gęsta atmosfera, że można ją było kroić nożem. Wiedziałam, że dziewczyny nie są złe na mnie, a na swojego ojca, który zmienił im weekendowe plany właśnie ze względu na mnie. Popieprzone i jakby się zastanowić to była po części moja wina, bo w ogóle tu przyjechałam. Kiedy zatrzymałyśmy się na szkolnym parkingu w końcu uważnie się rozglądnęłam.

              Budynek Lewston High School to ogromny, dwupiętrowy gmach. Ściany pomalowane na kolor barw szkoły czyli fiolet, biel i szarość. Na samym środku ogromny napis układający się w nazwę budynku, a wkoło rozciągała się idealnie zielona, niezdeptana jeszcze trawa, po której kręcili się uczniowie. Cała masa. Przede mną jakieś sto pięćdziesiąt osób witało się ze sobą, rozmawiało, szło samotnie, albo wisiało na telefonie. I dałam sobie rękę uciąć, że jeszcze co najmniej drugie tyle znajdowało się wewnątrz budynku.

               Słońce świeciło mi w oczy, więc wsunęłam na twarz okulary przeciwsłoneczne i zarzuciłam plecak na lewe ramię, czekając na kuzynki. W końcu ruszyłyśmy we trzy. Ja speszona, wystraszona i trochę zagubiona, Justine i Leila jakby znudzone. Ta druga odkąd tylko zatrzasnęła drzwi rozglądała się po dziedzińcu jakby czegoś szukała, za to jej siostra celowała w drzwi wejściowe, a ja za nią jak to ostatnie cielę...

               Nogi trzęsły mi się ze strachu. To dzisiaj. Starałam się uspokoić oddech, który zaczął już powoli wymykać mi się spod kontroli. Musiałam zrobić wszystko, żeby nie dać nic po sobie poznać, bo ostatnie czego na tę chwilę pragnęłam to ciekawskie spojrzenia reszty uczniów na reakcję pewnej Brytyjki na pierwszy dzień nowej szkoły. Mam siedemnaście lat, a problemy dziecka z podstawówki, które boi się wyściubić nos na nowe otoczenie. Żałosne trochę.

               Blondynka bez słowa odsunęła się od nas kilka metrów przed głównym wejściem. Śledziłyśmy ją wzrokiem, przystając na chwilę w miejscu. W końcu między tymi wszystkimi ludźmi dostrzegłam, że podchodzi do małej grupki ludzi, w których rozpoznałam tego chłopaka z wczoraj. Zayna? Tak, chyba tak... Uśmiechnęła się szeroko w stronę jakiejś wysokiej szatynki i przytuliła ją delikatnie, opowiadając coś żywo.

               Oprócz nich na trawie siedziała jeszcze jedna dziewczyna. Jej brązowe włosy układały się w naturalną burzę małych, słodkich loczków, a kosmyki sięgały niemalże całej długości pleców. Wtulała się w krótko ostrzyżonego ciemnego blondyna, który nie odrywał wzroku od rozmawiających przed nim dziewczyn, jakby od niechcenia miziając swoją dziewczynę po plecach. Zayn i jakiś roześmiany szatyn w czerwonych rurkach z kogoś chyba się nabijali, bo brunet unosił w górę ręce przesadnie przy tym gestykulując, a pozostali cicho się zaśmiali. Przełknęłam głośno ślinę.

   - Wzięłaś plan zajęć? - spytała Justine, wyrywając mnie z zamyślenia.

Musiałam wyglądać komicznie, kiedy na nią spojrzałam, bo zaśmiała się cicho, widząc moją minę i pogłaskała mnie po ramieniu. Pokazałam jej kartkę.

   - Schody są tam. - wskazała na lewo, kiedy w końcu weszłyśmy głównym wejściem.
W środku było tak... typowo. Labirynt korytarzy, a do każdej pomalowanej na filetowo ściany dosunięte pakiety metalowych szkolnych szafek. Były wysokie na jakieś dwa metry, podłużne i nie pierwszej młodości, bo ich kolor trochę wyblakł i teraz zamiast odcienia beżu były najzwyczajniej w świecie szare i wyglądały na brudne.

   - Jaki masz numer szafki? - spytała zaciekawiona po raz kolejny wlepiając we mnie wzrok.

   - Skąd mam wiedzieć? - w moim głosie wyczuć można było moje przerażenie.

Znów szeroko się uśmiechnęła.

    - Jest napisany na planie. - wzięła ode mnie na chwilę kartkę. - Dwieście siedemnaście... - zastanowiła się, marszcząc przy tym brwi. - To gdzieś na drugim końcu korytarza. - szepnęła. - Poradzisz sobie? - dopytała, dając mi do zrozumienia, że chce przywitać się z przyjaciółmi po wakacyjnej przerwie.

                 Przytaknęłam energicznie głową, a ona życzyła mi powodzenia i zniknęła między ludźmi.
Stałam w tym miejscu jeszcze jakieś dziesięć sekund zanim ogarnęłam się, że pora ruszyć tyłek i że mogę wyglądać dziwnie, stojąc w miejscu jak na skazanie. Poprawiłam spływające po moim ramieniu kosmyki brązowych włosów i starałam się nikogo nie potrącić.

                 Minęłam właśnie jakąś grupkę chłopaków, którzy omawiali szczegóły wczorajszego meczu, chwilę później dwie laski, które zachwycały się nawzajem swoim kolorem włosów i kilka pojedynczych osób, przeglądających szkolne podręczniki. Szłam ze spuszczoną głową, łypiąc tylko znad swojej grzywki na otaczający mnie świat i uważnie przyglądałam się numerom szafek. Trzysta trzy, na pewno szłam w dobrą stronę?





                    Znalazłam ją dopiero przed samym rozpoczęciem zajęć. Popędziłam prędko na pierwsze piętro, gdzie miałam mieć angielski i bez większego problemu znalazłam sale 23B. Na szczęście kuzynki napisały mi przy każdym przedmiocie gdzie znajduje się dane pomieszczenie, np. „historia 16D, parter, skrzydło prawe”. Postanowiłam im za to podziękować, bo gdyby na to nie wpadły prawdopodobnie spóźniłabym się na każdy przedmiot. Na szczęście na angielskim jak i na matematyce ławki były pojedyncze i nie musiałam z nikim zamieniać słowa. Wzięłam algebrę z elementami kombinatoryki i byłam w wyższej grupie, czyli razem z seniorami z ostatniej klasy. Nastawiłam się, że chociaż te zajęcia będę miała z którąś z dziewczyn, ale potem przypomniałam sobie, że Leila to typowy human i ma matmę podstawową, a Justine wzięła trygonometrię. W klasie były cztery rzędy ławek, a w każdym rządku jakieś sześć. Usiadłam mniej więcej na środku i ogarniałam wzrokiem każdego. Najgorsze, że nawet nie wiedziałam kto jest w moim wieku, a kto starszy, więc siedziałam w tej ławce jak ciele przez bitą godzinę i słuchałam o permutacjach, z których tak naprawdę nie za wiele zrozumiałam, ale obiecałam sobie, że posiedzę nad tym w domu.

              Później przyszedł czas na pierwszą, półgodzinną przerwę po dwóch pierwszych lekcjach. Nie miałam co z sobą zrobić, nie byłam głodna ani nie miałam nic do załatwienia w tym czasie. Chciałam zadzwonić, do którejś z kuzynek i trochę pogadać, ale stwierdziłam, że pewnie chciałyby spędzić trochę czasu ze swoimi znajomymi, w końcu mieli dziesięciotygodniową przerwę wakacyjną. Poszłam więc do klasy chemicznej, gdzie miałam zacząć kurs. Tu było o tyle dobrze, że każdy z uczniów dopiero zaczynał chemię i nie musiałam obawiać się czegoś takiego jak na matmie, czyli mojego nieogaru co do tematów zajęć.

                 Usiadłam w drugiej ławce od strony okna. Cóż... Tutaj musiałam mieć jakiegoś sąsiada, bo krzesło obok mnie nadal stało puste. Wyjęłam z plecaka podręcznik i zaczęłam studiować pierwszy temat, żeby tylko się czymś zająć przez najbliższe dwadzieścia pięć minut. Sala była bardzo dobrze wyposażona. Na półkach i w oszklonych szafkach było widać dziesiątki probówek, podgrzewaczy i wszystkich tych chemicznych sprzętów do doświadczeń. Uśmiechnęłam się na samą myśl, że już niedługo może zacznę sama mieszać jakieś substancje i uczyć się tematu właśnie w ten sposób. W Lincoln chemia polegała jedynie na suchym pisaniu reakcji chemicznych, z czego tak naprawdę niewiele rozumiałam, dlatego tutaj wylądowałam w grupie dla początkujących.

                Kiedy do dzwonka zostało niecałe pięć minut męski głos wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam w górę i uśmiechnęłam się uprzejmie, słuchając co ma mi do powiedzenia.

               Blondyn uśmiechał się do mnie szeroko, ukazując białe, proste zęby i przymykając niebieskie oczy. Jego delikatnie opalona skóra ładnie komponowała się z odcieniem koloru włosów. Nie był wysoki, stawiałam w myślach, że mojego wzrostu, ale trudno jednak było to ocenić, kiedy ja siedziałam. Miał na sobie luźną, rozpiętą granatową bluzę z białym zamkiem, czarne spodnie i szary T-shirt.

   - Mogę? - wymownie spojrzał na wolne miejsce obok mnie, a ja przytaknęłam trochę zawstydzona i znów chciałam ukryć nos w książce, jednak nie pozwolił mi na to. - Jestem Niall.

   - Claudia. - bąknęłam grzecznie w odpowiedzi, znów pozwalając sobie podnieść na niego wzrok.

On też nie spuszczał ze mnie spojrzenia. Zawstydziłam się trochę i miałam nadzieję, że na moje policzki nie wtargnie zaraz fala rumieńców. Chłopak był przystojny i to mnie trochę peszyło. Błękitne spojrzenie prześwietlające mnie jakby na wylot, chociaż to zwykła, koleżeńska rozmowa dwóch partnerów na chemii. Zaczęłam się nerwowo bawić palcami pod stołem, ocierając co jakiś czas dłońmi o nagie uda.

   - Co to za akcent? - spytał, dobrze udając zainteresowanie i uniósł w górę jasną brew.

   - Jestem Brytyjką. - wzruszyłam ramionami. - Po części. - uśmiechnęłam się nieśmiało.

   - Po której części? - spytał bezpośrednio, śmiejąc się cicho.

Fajnie, że chociaż on z naszego towarzystwa się nie krępował. Ja robiłam to za dwoje. On chciał trochę mnie poznać, a ja pięć razy zastanawiałam się nad każdym słowem.

    - Pochodzę z Lincoln. - rzuciłam, dopiero później zdając sobie sprawę, że może nie mieć pojęcia gdzie leży takie miasteczko, więc prędko dodałam. - Sto pięćdziesiąt mil od Londynu. Moja mama urodziła się w Poznaniu, w Polsce.

                 Kolejny raz uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem, a ja myślałam tylko o tym, że wszystko nie mogło być do końca dnia takie proste. I miałam rację.



No comments

Post a Comment