Sunday, October 27, 2013

5. Party time is soon.

   - A autobus? - spytałam niemal od razu, trochę wystraszona faktem, że spędzę najbliższe dwadzieścia minut w samochodzie z chłopakiem, którego ewidentnie irytowałam.

          Okej, fakt, że wczoraj trochę na mnie krzyczał mogłam usprawiedliwić tym, że był zdenerwowany stanem przyjaciela, który podobno leży z grypą w swoim pokoju, ale to jak dzisiaj na mnie patrzył... Jakbym zabiła mu matkę, był widocznie zdenerwowany, a wcale mu się nie polepszyło, kiedy mnie zauważył. Coś do mnie miał, cudowny początek, prawda? Perrie, Harry, kto następny do kolejki nienawiści do Collins?

   - Wolisz jechać autobusem? Poważnie? - zmarszczyła czoło, po czym zaśmiała się, ciągnąc mnie w stronę wyjścia. - Okej, następnym razem siedzisz wśród tych zapoconych lamusów. - uśmiechnęła się, puszczając do mnie oczko. - Towarzyskie samobójstwo już drugiego dnia!

          Wyszłyśmy na szkolny parking, a ja zaczęłam się mimowolnie rozglądać za burzą brązowych loków, ale nic nie zauważyłam. Szłam jak ta owca za Leilą, która ciągle wgapiała się w swój telefon i uśmiechała delikatnie, kiedy tylko znów zawibrował. Postanowiłam to olać, bo w środku aż się gotowałam na to spotkanie... Chciałam po prostu wsiąść do jego auta i zaszyć się na tylnym siedzeniu i przebyć całą drogę w milczeniu. 
         
        Stał tam. Między kilkoma samochodami z różnych roczników, od starych furgonetek z lat czterdziestych do jednego z nowszych modeli Audi. Oparł się tyłkiem o maskę czarnego, potężnego Peugeota 508. Zmierzyłam go uważnie wzrokiem, śledząc jego postać od czarnych butów za kostkę, przez ciemne dżinsy, aż do szarej, luźnej koszulki z dekoltem w serek. Ręce miał założone na brzuchu i rozmawiał z jakimś chłopakiem, który stał dwa kroki przed nim. Odwrócił się na chwilę w naszą stronę i klepnął lekko znajomego w ramię, co, jak się domyślałam, było pożegnaniem. Uśmiechnęli się do siebie, coś jeszcze głośniej rzucając na odchodnym, aż w końcu tamten szatyn całkiem zniknął z pola widzenia. Podeszłyśmy bliżej, a ja miałam ochotę zabić Leilę, że dalej gapiła się w ten telefon.

           Odbił się od maski i wyminął przód pojazdu, znajdując się tuż obok drzwi od strony kierowcy. My stałyśmy dalej w miejscu, a raczej ja, bo moja kuzynka była tak zajęta komórką, że nic do niej nie docierało. Szturchnęłam ją niezauważalnie, ale mnie zignorowała.

   - Dash, siadaj do tyłu. - rzucił, sekundę później znikając we wnętrzu pojazdu.

            Spojrzałam na blondynkę, ale ona już wsiadała na wyznaczone przez chłopaka miejsce. Przełknęłam głośno ślinę, zagryzając na chwilę wargę, aż w końcu szarpnęłam za klamkę i niepewnie wsiadłam. W środku było przyjemnie chłodno w porównaniu do gorąca, które dawało o sobie znać na zewnątrz. Nie miałam pojęcia, kiedy przyzwyczaję się od nadmiernego deszczu na rzecz suchego klimatu Arizony. Spojrzałam na niego ukradkiem, czego na szczęście nie zauważył, bo właśnie odpalał samochód. Zmęczenie wręcz malowało się na jego twarzy. Miał podkrążone oczy, szary kolor skóry i w ogóle wyglądał niewyraźnie, a na dodatek jego policzki zdobiły ledwo widoczne ślady zarostu. Spodziewałam się, że długo nie mógł zasnąć, szczególnie, że nie wiedziałam nawet, o której zwinęli się z mojej piwnicy... Biła od niego jakaś dziwna, tajemnicza aura, był taki... inny. Nie wiem po czym to wnioskowałam, skoro widziałam go teraz dopiero drugi raz, ale tak było. I nie potrafiłam przestać tak o nim myśleć. Nie przypominał większości chłopaków z tej szkoły, którzy uśmiechali się miło, kiedy posyłało się im nieśmiałe spojrzenia. On był jakby wyrwany z innej bajki...

            Ruszyliśmy, a przyjemny pomruk silnika wypełnił wnętrze, docierając natychmiast do naszych uszu.

   - Przejąłeś samochód ojca? - zaświergotała Leila z tyłu, na co uśmiechnął się do wewnętrznego lusterka tak, żeby mogła to zauważyć.

   - Wyobrażasz sobie, żebym przyjechał tu moim autem? - zaśmiał się, kręcąc niedowierzająco głową niezwykle rozbawiony. - Mój Mustang w tej wersji raczej nie wtapiałby się w tłum.

   - Ten temat mnie wkurza, koniec! - zarządziła z tyłu, przesuwając się bardziej na środek siedzenia. - Nie chcę sobie dnia psuć. Zwłaszcza po wczorajszej... sytuacji. - powiedziała z przekąsem.

   - Zayn ma grypę.

   - Tak, znam oficjalną wersję! - podniosła głos, natychmiast się jednak uspakajając. - Jak on w ogóle się czuje?

   - Jadę do niego dopiero po południu, ale nietrudno sobie wyobrazić jak się czuje z obitym ryjem i gigantycznym kacem.

   - Gówniarze. - rzuciła z wyrzutem, opierając się z impetem o tapicerkę.

   - A propo gówniarzy... - zaczął, zerkając na mnie, a ja poczułam jak na moim karku włoski stają dęba. - Masz coś do Horana? - spytał, unosząc przy tym jedną brew, a zieleń jego oczu uderzyła we mnie jak bomba emocji. Cóż za bezpośredniość...

            Moje ciało było tak sztywne z tego skrępowania, które mnie ogarnęło, że aż sama się sobie dziwiłam, że tak mogłam reagować na siedzenie obok jakiegoś kolesia! Odważyłam się jednak skierować swój wzrok na niego i trochę nieśmiało odpowiedzieć.

   - Mamy po prostu razem chemię. - mruknęłam. - Jest miły.

   - Miły. - zironizował Harry, śmiejąc się pod nosem. - Oczywiście, że tak skoro chce...

   - Styles! - upomniała go Leila, na co nie potrafił odpowiedzieć.

   - Do ciebie mówię? - warknął w jej stronę, a ona wystawiła język. - Zaraz będziesz piechotą wracać. - zagroził, znów przelotnie na mnie spoglądając. - Zaprosił cię na sobotę?

   - My odpadamy. - odpowiedziała za mnie dziewczyna po raz kolejny, a ja w duchu jej za to podziękowałam. - Wczoraj plany uległy... zmianie.

   - To lepiej, żeby powróciły do starej wersji. - odpowiedział spokojnie. - W sobotę o dziewiątej widzę was w salonie Tomlinsona.






~*~






              Każda szkoła nudzi, a każde lekcje przyprawiają o ból głowy. Miałam już dość, byłam okropnie zmęczona tym tygodniem. Codziennie wracałam do domu po godzinie szesnastej i do dziewiętnastej, czasem dwudziestej siedziałam z lekcjami. Nie miałam czasu na nic innego, zazwyczaj schodziłam na dół do salonu na jakąś godzinę, pogadać z wujkiem i ciotką o wszystkim i niczym, a później zamykałam się w łazience, relaksowałam w wannie i zasypiałam jak zabita. Nie sądziłam, że szkoła może męczyć aż do tego stopnia.

                Piątek minął mi spokojnie. Po biologii złapałam się na tym, że zaczęłam już wyszukiwać w tłumie przyjaciół mojej kuzynki. Harrego widywałam tylko z daleka, przelotnie, z Liamem pogadałam trochę na geografii i... właściwie tyle. Lunch jadłam teraz już zawsze z Josey po drugiej stronie stołówki i w dodatku tyłem do stolika Leili. Z kuzynkami rozmawiałam więc tylko w samochodzie i domu.

                 Kiedy po lekcjach przyszedł czas na mój trening siatkówki i jednocześnie dzień, w którym miałyśmy się dowiedzieć, która z nas przechodzi siedziałam skrępowana na sali gimnastycznej. Trenera nie było w szkole, więc miałyśmy stawić się tylko na ogłoszenie wyników. Siedziałyśmy w ósemkę na trybunach, zestresowane i z potem spływającym po czole, aż w końcu po piętnastu minutach cała drużyna stanęła przed nami w rządku, dokładnie lustrując nas wzrokiem z uśmiechami na twarzy. Perrie przywitała się grzecznie i zaczęła pieprzyć.

- Jest jedno wolne miejsce. Libero w tym roku będzie Pearl Rogers! - krzyknęła z udawaną radością. - Gratuluję. - posłała oczko uradowanej blondynce pod moimi nogami. - Ale mamy jeszcze dwie nowe rezerwowe. Claudia Collins i Janice Ryder. - rzuciła już bez większego zaangażowania.

                  Udało się? Boże, tak! Jestem w drużynie! Uśmiechnęłam się do dziewczyny, z którą własnie przybiłam piątkę. Radość zaczęła rozpierać mnie od środka, nawet mimo tego, że byłam jedynie rezerwową, ale mogłam w końcu robić to, co naprawdę lubiłam. Może nawet bez serii zbędnych komentarzy ze strony Edwards, bo w końcu nie dostałam się do pierwszego składu, pokazała swoją wielkość.

   - Możecie zacząć świętować, bo od poniedziałku czeka was prawdziwa męka. - dopowiedziała brunetka, która stała tuż obok kapitana. - Będziemy musiały ostro spiąć tyłki, bo za trzy tygodnie gramy mecz na otwarcie sezonu!

   - Hej, Cloudy? - nagle z zamyślenia wyrwał mnie cichy głos kuzynki. Szybko obróciłam się w jej stronę na obrotowym fotelu i zmierzyłam ją uważnie wzrokiem. Zza drzwi wystawała jedynie jej głowa. - Pukałam, ale nie odpowiadałaś. Przeszkadzam? - spytała grzecznie Justine.

   - Nie, skąd! - szybko przykryłam segregatorem pamiętnik, w którym przed chwilą pisałam i całkiem obróciłam się w jej stronę. - Coś się stało?

   - Nie, ale pomyślałam, że może miałabyś ochotę na lody i Brada Pitta bez koszulki. - zaśmiała się cicho, co od razu odwzajemniłam, zgarniając z biurka komórkę i wstając pewnie z miejsca.

   - Jeszcze pytasz? - rzuciłam luźno i podeszłam do niej, zamykając za sobą drzwi od mojego pokoju.

                  Zeszłyśmy na dół po schodach i rozsiadłyśmy się wygodnie w salonie z miską lodów śmietankowych z bakaliami z polewą karmelową i posypką z kakao i czekałyśmy aż na ekranie pojawią się napisy początkowe. Justine zdążyła jedynie pogratulować mi jeszcze raz wejścia do drużyny, bo po chwili do salonu wpadła zziajana Leila.

                  Miała na sobie krótkie, oliwkowe szorty i czarny top, odsłaniający delikatnie jej płaski brzuch. Średniej długości, lekko pofalowane blond włosy upięła w wysoki kucyk, a na jej ramieniu zwisała brązowa torebka w kolorze identycznym jak jej baleriny. Poprawiła się szybko w dużym lustrze i spojrzała nerwowo na zegarek na lewej ręce. Pożegnała się szybko i wyleciała z domu jak proca. Zanim zdążyłam jakoś to skomentować, młodsza kuzynka natychmiast się odezwała.

   - Dlaczego idziesz z Leilą do Tomlinsona? - spytała niby obojętnie, ale można było wyczuć w jej tonie wyrzut.

Zmarszczyłam czoło i trochę odsunęłam twarz, ukazując w ten sposób swoje zaskoczenie tym pytaniem, a przede wszystkim tonem jej głosu. Wpatrywała się we mnie tymi swoimi niebieskimi oczami i wyczekiwała wyraźnie odpowiedzi.

   - Nie idę. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Była zazdrosna?
   - To dlaczego dzisiaj cały dzień przekonywała ojca, że idziecie na piżama party do niejakiej Zoe? - spytała unosząc brew i nie spuszczając ze mnie wzroku.

   - Ja nic o tym nie wiem...

   - I dlaczego codziennie widuję cię z Niallem?

   - CO? - niemal krzyknęłam, podnosząc się ze swojego miejsca. - O co ci chodzi? Co to w ogóle za przesłuchanie? - chciałam się dowiedzieć o co jej chodziło i dlaczego tak na mnie naskoczyła. - Nie zrozum mnie źle, ale skoro masz z siostrą jakiś problem to załatw to sama, a nie wplątujesz w kłótnie jeszcze mnie. - starałam się na spokojny ton głosu. - A z Niallem mam chemię, więc to chyba normalne, że rozmawiamy, kiedy spotykamy się na korytarzu. - wzięłam głębszy oddech i wstałam powoli z kanapy. - Mam sporo lekcji, dobranoc, J.





~*~





   - Boże, moja kuzynka jest zakonnicą! - odezwała się nagle Leila, gdzieś z mojej szafy.

            Było chwilę po szesnastej, sobotnie popołudnie. Leila dokładnie dwadzieścia minut temu wparowała do mojego pokoju, oznajmiając, że wieczorem wychodzimy na imprezę. Nie byłam temu przychylna, przez to moje stosunki z Justine były trochę zbyt naciągnięte, a nie chciałam, żeby wyszło na to, że wczoraj ją okłamałam, co do moich dzisiejszych planów. Poza tym nikogo oprócz Leili tak naprawdę nie będę znała, co będzie równać się nudą i szybkim pożałowaniem tego pomysłu, bo w końcu dziewczyna jedzie tam spędzić czas z przyjaciółmi, a nie robić za moją opiekunkę. Poza tym Perrie się tam wybierała, a to już na wstępie dyskwalifikowało ten pomysł w mojej głowie. Edwards była alarmem, jakbym dostała nagle zaćmienia i zechciała się wybrać do domu Tomlinsona, z którym zamieniłam dwa zdania.

              Siedziałam na swoim dużym, podwójnym łóżku po turecku i przyglądałam się kuzynce, która co chwilę komentowała moje ubrania. Oh, wybacz mi, że nigdy wcześniej nie chodziłam na takie imprezy. Moją jedyną rozrywką było kilka nocowań u starej przyjaciółki z Anglii i... tyle. Tak, moje życie towarzyskie nigdy nie kwitło. Byłam zamknięta w sobie, cicha i nie lubiłam wyróżniać się z tłumu. Po prostu się bałam krytyki, bałam się tego, że ktoś mógłby o mnie mówić. Nie pasowało mi to, czułam się dobrze w cieniu, nie robiąc sobie problemów i żyjąc po swojemu i bez żadnego stresu. Ameryka zdecydowanie tak nie działała. Stany to nie deszczowa Wielka Brytania.

                  Tu w ogóle było jakoś inaczej. Oprócz, rzecz jasna, klimatu, który był dla mnie jako zmarźlucha naprawdę idealny. Zdążyłam zauważyć, że większość moich rówieśników myśli tylko o tym jak się wybić. Ta walka o uwagę sławniejszych dzieciaków, ciche przeganianie się kto zbierze przy stoliku większą ilość znajomych, kto będzie najgłośniejszy na lekcjach i będzie zasypywać nauczyciela prawidłowymi odpowiedziami na każde pytanie. Kto czym się zajmuje na zajęciach dodatkowych, kto ma lepszy samochód, kto potrafi najlepiej wykorzystać swoje atuty, kto będzie pierwszy, kto miał lepszą dziewczynę, czyj chłopak był popularniejszy i jakim cudem udało mu się to zrobić. Zaczęło do mnie docierać, że amerykański High School, którego tak pragną europejskie nastolatki to tak naprawdę nic specjalnego, to jakiś chory wyścig szczurów. To normalna szkoła, pełna dzieciaków o zawyżonych standardach osobowościowych, które myślą, że są kimś tylko dlatego, że udało im się zamieszkać właśnie tutaj. Owszem, miało to wiele plusów jak np to, że zajęcia prowadzone były w blokach i często chodziło się na dany przedmiot z osobami z różnych roczników, w ten sposób można było zawrzeć jakieś nowe znajomości no i w ogóle nauczyciel bardziej potrafił dotrzeć do ciebie, kiedy wszyscy są na równym poziomie, ale... To chyba tyle. Nadal odczuwałam ulgę, kiedy wracałam do domu i nadal lepiej czułam się w swoich czterech ścianach niż w Lewston. Może to jeszcze się zmieni?

   - Bingo! - klasnęła w dłonie i pokazała mi zestaw, który sekundę temu skomponowała.

         [klik]  tyle, że wysokie buty zamieniła na zwykłe, czarne baleriny.
   - Chyba sobie żartujesz. - warknęłam, mierząc uważnie wzrokiem te ciuchy.

   - To po co trzymasz to w szafie? - zmarszczyła czoło, podchodząc kilka kroków i kładąc strój na pościeli.

   - Bo ta spódniczka to prezent i jest za krótka! Nie ma opcji, że ją włożę!

   - Cloudy... - zaczęła ostrożnie.

   - Nie, Leila. - powiedziałam cicho. - Ja nie uważam, że to jest dobry pomysł. Będę się źle czuła, nikogo oprócz ciebie tak naprawdę tam nie znam, ja...

   - Proszę cię... - posmutniała, siadając obok mnie. - Wiesz, że nie ciągnęłabym cię tam gdyby nie chodziło o coś ważniejszego. - uśmiechnęła się smutno. - Teraz mam szansę wszystko sobie nareszcie poukładać. I w głowie i w życiu. To mój ostatni rok, chcę zrobić to, na co czekam od początku tego pieprzonego liceum. Claudia... - wymruczała moje imię, spuszczając wzrok na swoje dłonie.

   - Chłopak? - spytałam z uniesioną brwią, na co z zagryzioną wargą przytaknęła bez słowa, a ja poczułam jak ulegam pod jej niemrawym spojrzeniem i siłą perswazji. - Zawrzyjmy układ. - powiedziałam, czując, że właśnie dałam się omotać.
___________________
Jutro mam urodziny, dałoby radę gdyby każdy kto czyta moje opowiadanie dał znać w komentarzu? :) Chociaż krótkie "czytam", to mnie cholernie motywuje

3 comments