Saturday, October 17, 2015

[OS] Srebro i błękit.

Od autorki: Nie jest to długa historia, ale jest jedną z najważniejszych jakie udało mi się stworzyć. Pewnego dnia usiadłam i po prostu to napisałam, niewiele myśląc o tym co tak naprawdę mną kieruje. Przede mną wciąż jeszcze długa droga, ale mam nadzieję, że zbliżam się do tego na co zasługuję. I jeśli ty, moja droga Czytelniczko zrozumiesz tę historię i jeśli dotknie cię w taki sposób w jaki dotyka mnie to mam nadzieję, że również robisz wszystko, by być szczęśliwą. Bo nieważne jest to, że się nie znamy a to, że na to zasługujesz. Trzymam za ciebie kciuki i pamiętaj, że nigdy nie jesteś sama. Czasem wystarczy tylko się rozejrzeć :).




Srebro i błękit
"Człowiek walczy by przetrwać, a nie po to, by się poddać." P. Coelho.




                Louis oficjalnie nienawidzi swojego życia. Jest zbyt tłoczne, zbyt chaotyczne i zbyt obce - zdecydowanie za bardzo "zbyt". Nienawidzi wszystkiego, co dzieje się wokół jego osoby, co (na szczęście) powoli jednak się zmienia. Z tygodnia na tydzień Louis staje się mniej "zbyt".
                Media powoli tracą nim zainteresowanie, kiedy żmudnie, lecz konsekwentnie wróżą mu poniżającą przyszłość. Louis nie ma o tym zdania, bo według niego media są głównym przedstawicielem stanu "zbyt" - zbyt kłamliwe, zbyt szydercze, zbyt bezwzględne. Louis zna naprawdę wiele przymiotników, jakimi mógłby je określić (w większości są to jednak epitety, które zostałyby ocenzurowane we wszystkim, co ma jakikolwiek związek z ludźmi, którzy kochają "zbyt").
                Louis "zbyt" Tomlinson jest pisarzem. Tak, pisarzem. Facetem z notatnikiem, słownikiem synonimów w kieszeni i grawerowanym piórem od matki z okazji wydania pierwszej powieści. I tak, pisarzem, który nigdy tego nie używał.
                Życie Louisa "zbyt" Tomlinsona można podzielić na etap "przed" i etap "po". Etap pierwszy przedstawia wesołego, młodego studenta ze zdecydowanie zbyt dużą tolerancją na alkohol i zbyt dużym gronem przyjaciół. Zakochanego w najpiękniejszej dziewczynie na roku - niejakiej Megan Freedom, a ich związek owocuje latami szczęścia, radości i dobrej zabawy. Etap drugi zaczyna się niedługo później, parę miesięcy przed wydaniem trzeciej powieści Tomlinsona - w dniu przesilenia.
                Wiwatów, oklasków i gratulacji nie było końca, kiedy jego powieść krążyła wśród tych, które New York Times przegląda, by później zdecydować, czy warto umieścić ją na liście bestsellerów. Kiedy NYT myślało o tym jak wysoko umieścić jego dzieło Louis myślał o tym jak wysoko musiałby się wspiąć, żeby zginąć przy skoku.
                Jedyne co łączy etap "przed" i "po" to skłonności przesadnej miłości do alkoholu, seksu i okazjonalnie hazardu, choć to bardziej w celach rozrywkowych. Nie ma już studiów, nie ma dobrej zabawy, nie ma grona przyjaciół i nie ma Megan. Jest tylko Louis "zbyt" Tomlinson.
                Ma trzydzieści lat. Tak, to trochę więcej niż dwadzieścia, ale wciąż mniej niż czterdzieści. Jest to wiek, kiedy pierwsze dziecko kończy robić w pieluchę, a następne straszy matkę każdej nocy, że dziś jest dzień, w którym ma opuścić ciepłą posadkę wewnątrz najważniejszej kobiety jego życia. To wiek, w którym dostaje się pierwszy sensowny awans, który naprawdę zmienia coś w karierze i początek okresu powrotu do dzieciństwa (objawia się zakupami w sklepach dla młodzieży i zamiany eleganckich sztybletów na conversy i białe nike). Louis wybrał vansy.
                Kolejną ciekawostką z życia Tomlinsona jest jego twórczość. Oprócz wydanych przed laty trzech powieści na jego dysku twardym można znaleźć perełki takie jak "gówno.doc", "pieprzone gówno.doc", "pieprzone gówno, r.2.doc", czy wyśmiewczy folder "inspiracja" skrywający 20gb świeżutkiego porno.
                Kiedy wpisuje się w wyszukiwarkę hasło "Louis Tomlinson" Google  pokazuje następujące podpowiedzi: "twitter", "alkoholikiem", "nago" i "ćpa". Cóż, pogodził się już ze swoją nieistniejącą dobrą opinią.
                Tak naprawdę to niewiele go to obchodzi. Nauczył się już, że życie według zasad innych i według schematu dobrego, porządnego człowieka nie ma sensu, kiedy czuje się w konflikcie z samym sobą. Nie jest dobrym, a tym bardziej porządnym człowiekiem, więc zabijcie go, ale będzie robił to, co jest zgodne z jego własnym "ja".
                Louis mieszka w stolicy dobrej zabawy, tolerancji, pozornego bezprawia i rowerów. W stolicy rzek, łodzi, ciasnych, kolorowych kamieniczek i deptaku wyłożonego kostką brukową. Louis mieszka w stolicy Holandii - w Amsterdamie.
                Można to było spokojnie przewidzieć, kiedy postanowił odwiedzić to miejsce kilka lat temu, przy okazji wydania drugiej książki. Pojechał tam wówczas ze swoją dziewczyną i pomniejszoną grupką przyjaciół, która mogła pozwolić sobie na taką wycieczkę. Mieszkali w jakiemś niedużym hotelu, który wydawał się zbyt pretensjonalny jak na jego gust, ale Louis w tamtymczasie nie miał wielu okazji do bycia trzeźwym, więc stosunkowo prędko udało mu się z tym pogodzić. Pamięta jak przez mgłę wieczór, w którym razem ze swoim przyjacielem Nickiem zostawili resztę ekipy, pędząc w stronę Dzielnicy Czerwonych Świateł. Megan nigdy się o tym nie dowiedziała.
                Zostało kilka tygodni do nadejścia wiosny. Na ziemi wciąż leży śnieg, ale dni powoli zaczynają się wydłużać. I jest więcej słońca.
                Louis skończył rozmawiać ze swoim wydawcą równe dwadzieścia trzy minuty temu, a od dwudziestu dwóch nie posiada już telefonu komórkowego.  Zostawia porozrzucane części komórki na podłodze w salonie i wkłada trampki oraz ciemnoszarą zimową kurtkę. Zdaje sobie sprawę, że kiedy tylko wyjdzie na zewnątrz jego stopy zamarzną a uszy zaczną płonąć żywym ogniem, ale nie potrafi się tym przejąć. W zasadzie nie potrafi czymkolwiek się przejąć.
                Jego wściekłość opuszcza ciało kilka chwil później, kiedy mroźny, lutowy wiatr uderza w jego twarz. Teraz jego wnętrze wypełnia zapach świeżego zimowego powietrza i krwi, kiedy zbyt mocno zagryza dolną wargę. Nie spodziewał się, że będzie aż tak zimno.
                Mimo wszystko wciąż idzie. Zapina wyżej kurtkę, zaciskając dłonie w pięści i wkładając je do ciepłych kieszeni. Idzie przez śnieg, mimo że pół metra dalej ścieżka została już oczyszczona. Czuje jak jego trampki przemakają, jak jego stopy powoli sztywnieją, ale Louis nadal idzie. Wie, że musi.
                Nie jest mu już nawet przykro. Kłótnie z wydawcą zdarzają mu się coraz częściej a groźby wycofania oferty narastają. Księga jego skarg i zażaleń piętrzy się niewdzięcznie na zakurzonym biurku. Louis już go nie sprząta. Nawet tam nie podchodzi.
                Nogi same prowadzą go w stronę parku. Mija po drodze bar, w którym spędza regularnie kilka wieczorów tygodniowo i gdzie daje się ogrywać w bilard. Dobrze zna właściciela - Smitha, który jak i on osiedlił się tu po ucieczce z kraju Królowej. Smith nie był zbyt "zbyt".
                Kiedy jego nos zaczyna szczypać i czuje, że naprawdę potrzebuje chusteczki w końcu na chwilę przystaje. Wyciąga z kieszeni pomiętą paczkę papierosów, którą ściskał w dłoni całą drogę. Wyjmuje jednego i drżącą ręką odpala, zaciągając się pierwszy raz od prawie czterdziestu minut. Od razu jest mu lżej.
                Rozgląda się, delektując się uczuciem dymu rozgrzewającego jego płuca. Trochę chce mu się kaszleć, więc robi to, nie siląc się nawet by zasłonić usta. Patrzy smętnie na pusty park, na zaśnieżone ławki, na łyse gałęzie drzew i na marznącą rzekę. Zima jest ZBYT smutna.
                Pociąga nosem i robi kilka kroków w miejscu, bo jego stopy zaczynają już boleć, ale Louisa to nie martwi - w końcu nie raz już spędzał noce na zewnątrz w swoich starych, poczciwych vansach. Pali spokojnie, co chwilę pokasłując i przeczesując palcami swoje przydługie włosy, których nie strzygł od ośmiu miesięcy. Wie, że wygląda źle - stare buty, nieogolony zarost, brudne włosy, które wyglądały jak brzydkie strąki spływające wzdłuż jego szczupłej twarzy. Jest chudy, jeszcze chudszy niż w święta, jego uda powoli zaczynają przypominać dwa krzywe patyki. Jego dżinsy są podarte, a kurtka ma plamę po wczorajszym piwie na dole przy zamku i coś czerwonego co podejrzewa pozostałością z wczorajszych zamówionych frytek w KFC.
                Rzuca niedopałek na śnieg i nie rusza się by go przydeptać. Nawet nie wie która jest godzina. Południe? Druga? Wciąż świeci słońce.
                Skieruj się na północ i obserwuj swój cień.
                Prycha. Co za pieprzona bzdura.
                - Tu jesteś! - słyszy za sobą i odruchowo obraca się na znajomo brzmiący, kobiecy głos.
                Serce Louisa staje w miejscu na kilka milisekund tylko po to, by za chwilę powrócić do normalnego rytmu.
                Już nawet nie czuje zawodu.
                Widzi jakąś młodą kobietą odzianą w elegancki bordowy płaszcz, odwróconą profilem i pochylającą się nad czymś za ośnieżoną ławką kilka metrów za nim. Unosi brew, a kiedy dostrzega ciemnobrązowe włosy wzdycha znudzony może odrobinę bardziej niż zazwyczaj. Widział ją wszędzie.
                - Jesteś głodny? - znów się odzywa i wyciąga rękę. Jej dłoń jest niewielka, okryta czarną rękawiczką. - Chodź do mnie, nie skrzywdzę cię.
                Przełyka ślinę i zaczyna zastanawiać się, czy ta kobieta jak i on widzi rzeczy, których nie ma, ale przerywa mu urocze, ciche miauknięcie. Kot.
                Zza ławki wyłania się szara główka małego kocura, który niepewnie wtula się w materiał rękawiczki. Louis coś w tym widzi, coś nie pozwala mu odwrócić wzroku, coś sprawia, że sam czuje dotyk na swoim policzku. Nie, przecież jest paranoikiem, prawda?
                - Jesteś tu sam? - kobieta ponownie odzywa się do zwierzęcia, ale jej głos się zmienia. Jest cichszy, lecz odważniejszy, bardziej subtelny. Kot jej ufa, robiąc jeszcze jeden mały krok i całkiem przytulając się do jej dłoni. Louisowi wydaje się jakby gdzieś już to słyszał, jakby już to znał, ale skąd..?
                Kobieta chichocze, kiedy kotek zaczyna pomrukiwać, a Louis robi krok w jej stronę.
                Powinien?
                - Mam coś dla ciebie. - szepcze, a on po prostu nie może się powstrzymać.
                - Może być chory. - wymyka mu się nim w ogóle zdąży to przemyśleć.
                Zyskuje spojrzenie.
                TO spojrzenie. Spojrzenie zdecydowanie "zbyt".
                Jest przytłoczony. Autentycznie. Jest to ten rodzaj przytłoczenia, kiedy spotykasz w kawiarni swojego starego przyjaciela albo kiedy mama piecze twoje ulubione ciasto a ty zupełnie się tego nie spodziewasz. Czujesz coś. Cokolwiek.
                Jej oczy mają niesamowity kolor. Są srebrne. Srebrno-niebieskie gwoli ścisłości. Są duże, Boże, ogromne i w tej chwili lekko przymknięte. W chwili, w której szeroki, spokojny uśmiech gości na jej ustach, a Louis nie potrafi się już odnaleźć. Jej kości policzkowe są delikatnie podkreślone subtelnym makijażem, a ułożone w luźne fale włosy pięknie okalają jej bladą twarz. Louisowi robi się odrobinę cieplej.
                - Nie sądzę. - odpowiada, a jej głos wydaje się być tak odległy od tego, którego użyła w rozmowie z kotem. Mężczyzna już nawet zapomina co mówił wcześniej. Zwierze wciąż daje jej się głaskać, a mruczenie staje się coraz głośniejsze. Kobieta odwraca wzrok z powrotem na kota. - Myślę, że jest po prostu głodny i troszkę samotny.
                Drugą ręką wyjmuje z małej torebki saszetkę z suchą kocią karmą.
                - Pomożesz mi? - pyta i znów spogląda na Louisa, którego właśnie wryło w ziemię.
                Nie wie co się z nim dzieje, kiedy marszczy czoło, ale podchodzi do niej tych kilka kroków.
                Nic nie rozumie.
                Nie zna jej, nie ma pojęcia kim może być. Widzi jej eleganckie ubranie, perfekcyjny makijaż, starannie ułożone włosy i nic nie rozumie. Louis jest biedakiem, który wygląda jakby coś go właśnie przejechało i zapewne nie pachnie zbyt dobrze, ponieważ szczerze mówiąc nawet nie pamięta kiedy ostatnio brał prysznic. Nie rozumie dlaczego właśnie dostaje od niej kolejny cudowny uśmiech, który gdzieś w środku trochę go ogrzewa. Patrzy na jej twarz, podziwiając każdy pojedynczy element, każdy pojedynczy skrawek zarumienionego policzka. A ona pozwala mu na to przez chwilę nim nie łapie jego nadgarstka i nie przyciąga w swoją stronę, kiedy przy niej kuca.
                - Daj mi rękę. - prosi, a on nawet nie wie co właśnie się dzieje.
                Kobieta prostuje jego skostniałe z zimna palce i wysypuje na nie odrobinę karmy. Louis nie bardzo czuje jej fakturę, ponieważ jest jakieś minus piętnaście stopni, w dodatku dosłownie chwilę temu palił i jest pewien, że nawet nie potrafiłby złapać nimi kluczy od mieszkania.  Ale ona wciąż go dotyka i posyła kolejny uspakajający uśmiech nim nie kieruje delikatnie jego dłoni w stronę zaintrygowanego całą sytuacją zwierzątka. Dopiero kiedy czuje na skórze gorący, koci język odrobinę ożywa.
                Kotek łapczywie połyka kolejne chrupki i liże jego palce, a coś osiada na jego sercu.
                - Jestem Louis. - odzywa się głupio, kiedy na jego dłoni ląduje kolejna porcja karmy.
                Długo nie dostaje odpowiedzi, więc odciąga wzrok od uroczego kotka i ląduje nim na niej.
                Dostaje tylko uprzejme skinięcie głową i... I tyle.
                Kot nadal je.
                - Powiedz mi, Louis - odzywa się tym swoim cudownie kojącym głosem dopiero po kilku dłuższych chwilach. - myślisz, że jest tu sam? - wskazuje brodą na kocura, który teraz łasi się o jego palce. Tomlinson czuje, że już może nimi poruszać.
                To pytanie trochę go zaskakuje, ponieważ oczekiwał, że również ona poda mu swoje imię, a potem odejdą w stronę zachodzącego słońca jak w tanich, holenderskich krótkometrażówkach.
                Czuje miękkie futerko na swojej skórze i przebiega palcami za uszami ich towarzysza. Czuje jak jego małe ciałko drży przy mruczeniu.
                - Nie wydaje mi się, nie boi się mnie. Nas. - poprawia się, ale w odpowiedzi dostaje tylko kolejne skinięcie głową.
                - To nie oznacza, że nie jest sam.
                - Zdziczałby i nie podszedł tak po prostu do obcych ludzi. Moja przyjaciółka miała kiedyś kota, nie był zbyt towarzyski.
                Kobieta ponownie chichocze i Louis nic nie może poradzić na to, że odwzajemnia mały uśmiech.
                - Ten wydaje się być bardzo przyjacielski.
                Faktycznie, kot już prawie siedzi na jego kolanach.
                - Pewnie wyczuł, że jestem wegetarianinem.  - sili się na żart i wie, że podjął dobrą decyzję, kiedy otrzymuję uroczy śmiech.
                - Pewnie wyczuł, że jesteś dobrym człowiekiem.
                - Nie ja go nakarmiłem.
                - Ale nie przeszedłeś obojętnie, kiedy go zobaczyłeś. - uśmiecha się i także wyciąga dłoń, by pogłaskać sierściucha.
                Kiedy zobaczyłem Ciebie.
                - Jak ci na imię? - wymyka się z jego ust (znów) zanim jego mózg zdąży to przetworzyć.
                Cisza.
                Głaszczą zwierzę w milczeniu nim kobieta nie podnosi się z kucek i nie poprawia swojego płaszcza. Louis automatycznie idzie w jej ślady.
                Ma chwilę czasu, by znów jej się przyjrzeć. Nie chce kończyć tej rozmowy, nie chce się z nią żegnać z myślą o tym, że prawdopodobnie już jej nie zobaczy. Nie zna jej, nie wie kim jest, ale coś ciągnie go w jej stronę, kiedy patrzy w jej niesamowite tęczówki, badając ile kolorów jest stanie w nich dojrzeć. Przez chwilę nawet zapomniał. Zapomniał kim jest, zapomniał o tym, że jest "zbyt", nie myślał o tym, co przeszedł. Nie znał tego uczucia, ale nie chciał, żeby odchodziło.
                Z drugiej jednak strony zdaje sobie sprawę, że taka kobieta nie spojrzy na takiego mężczyznę.
                Ale przecież już spojrzała.
                - Do jutra, Louisie. - mówi uprzejmie i odwraca się na pięcie idąc w przeciwną stronę.
                Kot zaczyna miauczeć.



***



                Louis dziś czuje się zdecydowanie lepiej. Wziął rano długi, gorący prysznic, ogolił się i nawet ułożył włosy. Wyprał swoją kurtkę i znalazł w szafie stare, nieużywane od trzech lat sztyblety i parę czarnych, ciepłych rękawiczek.
                Myślał o niej cały wieczór. Przede wszystkim co miała na myśli poprzez "do jutra", bo przecież skąd mogła wiedzieć, że przyjdzie. Z drugiej strony, kiedy odrobinę dłużej się nad tym zastanowił to dopuścił do siebie myśl, że mógł być dość oczywisty. Ta kobieta miała w sobie to coś, miała w sobie swgo rodzaju ciepło, delikatność i piękno. Louis nie ma pojęcia jak mógł to wyczuć w czasie karmienia z nią kota, ale czuł i to było najważniejsze. To było jedyne o czym potrafił teraz myśleć.
                Wyszedł z domu, kiedy tylko doprowadził się do porządku. Myślał o tym co powie jej, kiedy znów się spotkają, czy znów będą szukać kota, czy w końcu zdradzi mu swoje imię. Czy znów zapomni.
                W drodze do parku idzie jeszcze przez mały pasaż, by dostać się do sklepu zoologicznego i kupić jakiś przysmak dla kota. Nie może się zdecydować, więc bierze po jednym z każdego rodzaju i płaci, grzecznie dziękując za towar. Nie analizuje tego, ale w głębi duszy wie, że dawno nie dziękował. Nawet Smithowi za darmową kolejkę.
                 Mija niecałe piętnaście minut, kiedy jest już na miejscu. Dokładnie tu, gdzie wczoraj.
                Rozgląda się, ale nikogo nie ma wokół. Ani kobiety ani kota, ani przypadkowego przechodnia, czy nawet wiewiórki. Czy wiewiórki zapadają w sen zimowy? Louis nie ma zielonego pojęcia.
                Podchodzi do ławki, przy krótej skrywało się wczoraj zwierze.
                Wciąż są ślady maleńkich łapek i Louis chce myśleć, że są tutaj także te jego i tajemniczej kobiety.
                Od tamtego momentu nie myśli o Megan. Nie myśli o jej jasnych, miękkich włosach, o zielonych oczach i o pięknie, zdrowo opalonej twarzy. Nie wspomina kilku piegów na jej nosie, które pojawiały się każdego lata i nie wspomina jej ciągłych, abstrakcyjnych pomysłów, które pojawiały się w jej głowie w każdej milisekundzie. Pamięta, ale nie rozpamiętuje.
                Czeka przez jakiś czas. Nie wie ile, ponieważ resztki jego telefonu wciąż leżą na dywanie, a swój ostatni zegarek musiał zastawić w lombardzie, żeby opłacić ogrzewanie.
                Jest mu dożo cieplej niż ostatnio. Na dłoniach ma ciepłe rękawice, uszy przykrywa czarna beanie i o dziwo, wciąż może poruszać palcami u stóp. Smith by się zdziwił.
                Miau.
                Louis widzi kota, którego spotkał tu wczoraj, ale cały nastrój go opuszcza. Gdzie ona jest? Jest kot, powinna być także ona.
                Miau.
                I wtedy mięknie.
                Kuca przy kocurze, który ewidentnie zaczął go poznawać i wyciąga dłoń by pogładać go za prawym uchem. Zwierze wyciąga się i przymyka oczy cicho pomrukując i Louis wybacza mu, że najpierw znalazł jego. Sam nigdy nie miał żadnego zwierzątka (nie licząc młodszej siostry). Zawsze chciał psa, ale ich mama pracowała na zmiany, a Charlotte była zbyt mała by mogła się nim zajmować, kiedy Louis chodził na lekcje pianina. Poza tym nigdy nie mieszkali w domku jednorodzinnym a on sam musiał dzielić swój pokój z siostrą, kiedy mieszkał jeszcze z rodziną w kamienicy przy jednej z cichszych ulic Doncaster. Jego mama twierdziła, że pies bardzo by się u nich nudził.
                Ale Megan miała psa. Coco. Był to jakiś mieszaniec labradora z kundlem, ale był tak uroczy, że naprawdę rekompensował swój brak rodowodu. Urósł większy niż typowy labrador a w dodatku był czarny ze śmiesznie krótkim ogonem. Louis zawsze się z niego śmiał, ale też zawsze pozwalał mu kłaść się obok siebie na kanapie, kiedy oglądali jakiś serial. Lubił, kiedy Coco opierał łeb o jego udo i domagał się głaskania przez najbliższą godzinę. Nawet kilka razy wyszli razem na samotny spacer po przedmieściach.
                Ale nie ma już Coco. Nie ma już Megan ani jej kanapy w salonie. Nie ma już nic.
                Miau.
                No tak. Jest ta bezpańska kicia.
                Louis wyjmuje z torby smakołyk, który jako pierwszy wpadł w jego ręce i kładzie go przed kotem. On wącha go przez chwilę nim nie zabiera się za zajadanie. Uśmiech Louisa rośnie.
                - Witaj, Louis. - słyszy nad sobą i momentalnie podnosi się na nogach.
                Jest.
                Przyszła.
                Stoi przed nim w tym samym płaszczu, który miała na sobie wczoraj. Jej makijaż też się nie zmienił. Ani on ani fryzura. Louis uśmiecha się szerzej jako przywitanie.
                Kiedy kobieta mierzy go uważnie wzrokiem, kończąc na jego oczach Louis może przysiąc, że jej twarz odrobinę bardziej promienieje. I to go onieśmiela.
                Naprawdę dawno nie czuł się onieśmielony. Myśli nawet, że jeszcze nie zaznał w życiu tego uczucia.
                Błękit jej oczu ponownie go paraliżuje. Jest olśniewająca.
                - Jak się ma nasz malutki przyjaciel? - pyta, wydłużając kontakt wzrokowy o kilka milisekund nim nie spogląda na kotka, który kończy swoją przekąskę.
                Kuca, by pogłaskać jego sierść a on przestaje jeść i całkowicie oddaje się tej pieszczocie.
                Louis nie zauważa, że już nie miauczy.
                 Gawędzi trochę do zwierzątka, które odpowiada jej mruczeniem i czas po prostu płynie. Zaskakująco szybko. Nie rozmawiają wiele, Louis nie ma pojęcia ile czasu już są tu razem, ale widzi, że niebo zaczyna szarzeć. Nie chce odchodzić.
                - Dobrze dziś wyglądasz, Louis.
                Okej. W takim razie może umrzeć spokojnie.
                - Miałem ostatnio... gorsze dni. - wyznaje ze smutnym śmiechem, który mimowolnie, trochę niedowiarzająco, opuszcza jego usta.
                Nie wie dlaczego to mówi. Czuje, ze może a przede wszystkim chce.
                - Jak wiele gorszych dni?
                - Tysiące.
                Ona uśmiecha się tylko delikatnie i mruży odrobinę oczy.
                - Chciałbyś porozmawiać?
                - Chciałbym zapomnieć.
                Kobieta kiwa głową zupełnie jakby rozumiała o co mu chodzi a przecież to nawet nie jest możliwe. Media o tym nie pisały. Sam o to zadbał.
                - Nawet nie znam twojego imienia. - mówi cicho, obserwując jak odgarnia kosmyk włosów za ucho. - Chciałbym zaprosić cię na herbatę, ale...
                - Z przyjemnością.

                Więc odchodzą a kot znów zaczyna miauczeć.

***


                Louis nie bardzo wie dokąd idzie. To znaczy teoretycznie wie gdzie mniej więcej mogłaby znajdować się jakaś ładna, przytulna kawiarnia, ale no właśnie. Teoretycznie. Gdyby ktoś zapytał go gdzie znajdzie najtańszą szkocką nawet by się nie zastanawiał.
                Idą w ciszy co parę chwil skradając sobie pojedyncze spojrzenia. Nie ma w tym flirtu, nie ma w tym namiętności. Nie ma w tym nic prócz spokoju, który wypełnia całe jego ciało.
                Przez krótki moment myśli nawet, że może jest wart jej uwagi.
                Skręcają w stronę małego deptaku i idą przed siebie, póki kobieta nie zatrzymuje się przed dużymi, mahoniowymi drzwiami. Louis otwiera je dla niej, a kiedy wchodzą pomaga ściągnąć jej płaszcz.
                Dopiero po chwili zauważa, że nikogo prócz nich nie ma w środku a zamyślony kelner wyciera szklanki nawet na nich nie spoglądając. Wewnątrz jest ciepło i pachnie świeżym ciastem czekoladowym. Louis czuje, że może to Niebo.
                Zajmują stolik najbardziej z prawej. Ten mały, okrągły, ukryty za bluszczem wijącym się wzdłuż pali podtrzymującej sufit. Jest bardzo klimatycznie i Louis nic nie może poradzić na to, że od razu czuje się ty znacznie lepiej.
                Kiedy kelner podchodzi zamawiają mochę i americano.
                Tomlinson patrzy na swoją towarzyszkę cały czas, nie licząc krótkiej przerwy, kiedy próbuje swojej kawy. Jego usta wypełnia słodki, lekko korzenny smak i zastanawia się czy kelner nie pomylił jego zamówienia.  Ale jest tak pyszne, że nie ma serca się upominać.
                Jej wcale nie krępuje jego intensywne spojrzenie. Ani to, że prawie nie mruga zaintrygowany i zachwycony całą jej osobą. Wciąż czuje tę bijącą od niej pewną błogość, czego jeszcze nigdy w swoim życiu nie miał okazji poznać. Ma wrażenie, że gdyby tylko jej dotknął jej skóra przypominałaby fakturą jedwab, a zapach przywodziłby mu na myśl jakiś delikatny kwiat. Może bez?
                Louis naprawdę chciałby teraz mieć przy sobie coś do pisania, patrzeć przed siebie i utrwalić te emocje na papierze.
                Kiedy kradnie ostatnie spojrzenie jej niesamowitych oczu postanawia wreszcie się odezwać.
                - Skąd tyle o mnie wiesz?
                W odpowiedzi najpierw dostaje kolejny łagodny uśmiech.
                Kobieta odsuwa filiżankę od siebie i kładzie na podstawce. Oblizuje lekko usta i odgarnia kosmyk włosów za ucho, a on nie może zrobić nic więcej oprócz skupiania się na tym by za nic w świecie tego nie zapomnieć. Nie sądził, że nawet tak zwyczajny, prosty gest może być tak eteryczny, sensualny i niesamowity. Nigdy nie widział u żadnej kobiety tego, czego świadkiem jest właśnie teraz.
                - Wiem o tobie bardzo wiele, Louisie Tomlinsonie.
                Jej palce splatają się ze sobą a dłonie lądują na gładkim blacie stołu. Louis chce ich dotknąć.
                - Ale skąd? Media nie piszą o mnie odkąd...
                - Nie z telewizji. - przerywa mu. - Nie z prasy ani z Internetu. Znam cię bardzo dobrze, Louis, i jestem tu po to, żeby ci pomóc.
                Louis nie czuje strachu.
                Dlaczego nie czuje strachu?
                Dlaczego to wydaje mu się tak oczywiste? Proste? Dlaczego jej wierzy i nie odczuwa strachu? Dlaczego po jego plecach nie przechodzi dreszcz, a zamiast tego ramiona opadają luźno a oddech się stabilizuje?
                Kim ona jest?
                - Kim jesteś? - pyta, choć sam nie wie czy chce poznać odpowiedź.
                Ona zbywa go kolejnym olśniewającym uśmiechem i bierze następny łyk kawy. Zajmuje jej to minutę i dwadzieścia dwie sekundy. Louis liczy.
                 - Myślę, że gdzieś w środku już to wiesz. - mówi, przymykając lekko powieki jakby starała się skupić wzrok na nim. Jakby nie było nikogo ani niczego prócz jego zmarnowanej postaci. Nie przestaje patrzeć na niego, nie rusza dłońmi, chyba nawet nie oddycha.
                Ale on się nie boi. Jego to nie przeraża.
                - Proszę, Louis, skup się na sobie. Chociaż raz od tylu lat pomyśl o sobie. Spójrz na mnie i powiedz to, czego tak bardzo się boisz.
                Ona wie.
                - Jestem nikim.
                To wyznanie wychodzi tak łatwo z jego serca i Louis czuje, że coś w nim pęka.
                Nie widzi kelnera, nie pamięta miauczenia kota.
                Nie pamięta o niczym, co nie zaprowadziło go do miejsca, w którym jest teraz.
                Ona potakuje. Jakby chciała powiedzieć "no dalej".
                Więc Louis słucha, czekając na kolejne przytaknięcie.
                - Przegrałem. Upadłem i nie mogę się podnieść.
                Przytaknięcie.
                -  Jestem przerażony.
                Louis bierze głębszy oddech i wtedy to się dzieje.
                - Boję się życia, ale bardziej boję się śmierci. Boję się samotności, w której żyję. Boję się ciemności, która ciągle mnie pochłania. Boję się swojego odbicia, ponieważ boję się, że kiedyś zobaczę tam człowieka, którym nigdy nie chciałem się stać.
                Przytakuje.
                - Boję się tęsknoty, choć przez nią umieram. Boję się wspomnień. Boję się tego, co kiedyś czułem a czego nie mam teraz.
                Coś uderza w jego rękę. Mija dłuższa chwila nim orientuje się, że to jego własna łza.
                Latami nie płakał, więc mówi jeszcz więcej.
                 - Naprawdę nie chcę być dłużej sam.
                W tej chwili już wybucha. Łzy ciekną po jego policzkach i giną gdzieś w jego koszuli. Jego oddech przyspiesza i zwalnia na zmianę, w gardle rośnie gula, która drży z każdą kolejną niewypowiedzianą myślą.
                - Nie jestem już zdolny do tego, by poczuć coś więcej. - wyznaje. - By poczuć cokolwiek. Jestem nikim, jestem już pusty. Zepsuty. Bezużyteczny.
                Kiedy czuje na palcach słaby uścisk dłoni, która faktycznie przypomina jedwab mówi to, co skrywał w sobie najdłużej.
                - Nie mam już siły, by dłużej tak cierpieć.
                Uścisk się umacnia, ale nawet mimo to jego serce pęka na pół. A później znowu. I znowu aż uderza w zimną, drewnianą podłogę pomiędzy ich stopami. Louis czuje krwawiącą dziurę wewnątrz niego i chcę znów to zaleczyć, chce znów przykleić plaster, poczekać kilka lat i na nowo nauczyć się jak to jest żyć, a nie przeżywać.
                Ale wtedy ona zaczyna mówić i robi się tylko gorzej.
                - Megan była wspaniałą kobietą.
                Wtedy Louis już płacze jak dziecko.
                - Jej miłość była szczera, prawdziwa. - kontynuuje, a Louis już prawie się zanosi. - Kochała cię pomimo twoich wad i za każdą twoją zaletę. Nigdy nie chciała byś czuł się tak jak teraz.
                Ktoś mocniej zaciska pięść na jego piersi, która nadal krwawi.
                - Nie pozwól sobie o tym zapomnieć, Louis. Nie zapominaj co ci pokazała, do jakich uczuć jesteś zdolny. Do czego zostałeś stworzony. Jej dusza cierpi, kiedy widzi co przeżywasz. Co robisz, byle nie dopuścić do siebie miłości.
                - Nie jesteś nikim. - mówi dalej. - Jesteś bardzo silny, ale też bardzo wrażliwy. Zastanów się dlaczego tak bardzo cieprisz i proszę, nie pozwól odejść tym wspomnieniom. Nie możesz zapominać jak było przed tym wszystkim, kim byłeś i kim zawsze chciałeś się stać. Musisz zrobić wszystko by znów powrócić do tego co doprowadziło cię do miłości, która zmieniła twoje życie.
                I musisz pamiętać, ale nie rozpamiętywać.
                Musisz przypomnieć sobie jak to jest kochać, ponieważ każdy jest zdolny do miłości.



***



                Mija siedemnaście miesięcy od spotkania Louisa z NIĄ. Mija siedemnaście miesięcy ciężkiej pracy nad samym sobą, nad porażkami i sukcesami, i nad próbowaniem przypominania sobie co go ukształtowało. Czym i kim jest. A przede wszystkim nad uświadomieniem sobie, że faktycznie jest wart miłości.
                Mija także siedemnaście miesięcy od przygarnięcia małego kociaka z ulicy o niesamowitych srebrno-niebieskich oczach. I od pierwszego od trzech lat telefonu do rodziny.
                Louis uśmiecha się szeroko do swojej mamy, która siedzi dwa metry przed nim, w pierwszym rzędzie ze łzami w oczach i szczęściem wymalowanym na twarzy. Ściska dłoń kobiety, która towarzyszy mu w tej trudnej drodze i wyciska czuły pocałunek na jej czole nim nie wychodzi na scenę, nie siada na fotelu i nie przedstawia swojej kolejnej książki.


                Louis W. Tomlinson "Poznać swojego Anioła Stróża".

1 comment